Anielska etiuda

recenzja

Anielska etiuda - recenzja

  • „To w najwyższym stopniu niepoprawna politycznie książka wolnej Polski, w której Robert Gong dotyka spraw najbardziej bolesnych” – te słowa możemy przeczytać na odwrocie „Anielskiej etiudy” Roberta Gonga. Brzmi fascynująco i tajemniczo, ale w praktyce dostajemy tylko namiastkę obiecywanych przeżyć. Dlaczego?

    Muszę przyznać, że od pierwszych stron czułam się zażenowana. Najpierw dość tandetna historia miłosna: Robert Nowak, młody student wybiera się na Jasną Górę. Gdy czeka już na pociąg powrotny, z ławki spada jego termos. Ten schyla się po niego, a gdy podnosi głowę jego oczom ukazuje się Basia. To musi być miłość od pierwszego wejrzenia, zresztą nie jedyna w powieści. Zaczynają rozmawiać i już tutaj odbiorca zaczyna odkrywać, że coś z tym stylem i językiem jest nie tak. Czyta jednak dalej. Okazuje się, że kilkanaście lat później bohater leży w śpiączce w szpitalu. Słyszy i rozumie wszystko, jednak nie może się poruszać. Jest zmuszony wysłuchiwać historii pani Helenki – salowej. Ta z chęcią opowiada o swoich erotycznych upodobaniach, czerwonych stringach czy miłosnych zawodach. Właściwie bohater poznaje całą historię jej życia łóżkowego. Język pani Helenki jest jednak nieudolnie stylizowany, co tylko potęguje niesmak tych scen. Potem Robert Nowak widzi w snach dziewięcioletnią dziewczynkę, która mówi mu, że jest jego nienarodzoną córką i nazywa się Zygotka (sic!). Zaprasza go do swojego domu znajdującego się obok wysypiska śmieci, a potem na cmentarz, na którym razem ze swoim pieskiem chowa się do trumny i znika pod ziemią. Można by długo wymieniać takie fabularne perełki.

    Książka naprawdę miała potencjał. Pomysł był dobry, ale niestety autor nie poradził sobie z pociągnięciem tematu. Choć Robert Gong jest z wykształcenia psychologiem, książce brak podłoża psychologicznego. Najpierw bohaterka opowiada o podjętej wobec niej próbie gwałtu w taki sposób, jakby mówiła o pogodzie nalewając przy tym herbaty. Niepełnosprawny nastolatek, po kilku dniach znajomości z chłopakiem matki (którym także jest od bardzo niedawna) zgadza się nazywać go ojcem. Na koniec główny bohater budzi się w trumnie, a jego reakcja jest podobna do tej, jaką mógłby się wykazać budząc się w pierwszy lepszy pochmurny dzień. Autor podejmuje próbę przekazania konkretnych poglądów i systemu wartości. Próbuje ukazać tragizm niektórych decyzji, wzbudzać w czytelniku emocje. Niestety wszystko to jest płytkie i przesycone stereotypami, a przez to mocno odrealnione.

    Nawet sam język jest dosyć ubogi. Cały czas ktoś jest „przyparty do muru” lub coś dzieje się „bez pardonu”. Dialogi bohaterów są sztywne, a opisy przeżyć wewnętrznych sztucznie emocjonalnie pompowane. Gdy odbiorcy uda się przebić przez warstwę języka, może czytać z pewnym zainteresowaniem, ale z pewnością nie jest to głębokie przeżywanie. Szkoda, bo opis książki nastawiał raczej na mocną powieść; jedną z tych, których da się pochłonąć w jeden wieczór. Doznania po tej lekturze są raczej podobne do tych, które towarzyszą człowiekowi po obejrzeniu paradokumentu.

    Przyznaję, że „Anielska etiuda” mnie zawiodła. Zamysł był świetny, jednak bijąca od książki sztuczność skutecznie zniechęca. Moja ocena: 2/10

    Książka została uzyskana dzięki platformie recenzenckiej czytampierwszy.pl

    Paulina

Zobacz wszystkie