"Lęk i odraza w Las Vegas"

Jak długo ciało i umysł mogą znosić szaleńczy pęd ku zagładzie?

Jak długo ciało i umysł mogą znosić szaleńczy pęd ku zagładzie?

  • To pytanie pojawia się w książce Lęk i odraza w Las Vegas (1971) pióra Huntera Stockton Thompsona i zapuszcza korzenie w osobie, która wraz z alter ego pisarza daje wciągnąć się w szaleńczą misję odszukania prawdy dotyczącej “amerykańskiego snu”. W posłowiu wydania polskiego (pierwszego!) z roku 2008 Jakub Żulczyk napisał, że książka zabiera nas w czasy zmiażdżonych ideałów. Ale najpierw krótkie słowo na temat fabuły.

    Akcja powieści rozgrywa się w tytułowym mieście, dokąd udaje się Raol Duke wraz ze swym samoańskim adwokatem, doktorem Gonzo. Ma on przede wszystkim napisać artykuł o corocznym amerykańskim wyścigu terenowym na pustyni w stanie Nevada, znanym jako Mint 400. Jednak, jak można się domyślić, nie na tym skupia się dwóch mężczyzn. Ciężko jest skupić się im na pracy, gdy bagażnik Krwawego Rekina – samochodu, którym przemierzają rozgrzaną słońcem autostradę – wypełniony jest niczym Róg Obfitości, używkami wszelkiej maści. Już na samym początku czytelnik ma okazję poznać paranoidalne wizje, zmagania Duke’a i Gonzo z pozornie zagrażającym im z każdej strony światem rzeczywistym.

    Choć czy w pełni pozornie? Hunter S. Thompson napisał w dalszej części, że bez ćpania można odlecieć o wiele intensywniej. Całe jego dzieło wylewa na nas zimny kubeł ironii oraz gorzkiej niczym grejpfrut prawdy. Sceneria Las Vegas, która przypomina czeluści piekieł, kwintesencję zepsucia i demoralizacji, służy autorowi do przedstawienia problemów, z jakimi zmagała się na przełomie lat 60. i 70. Ameryka. Przede wszystkim był to czas, w którym zdążyła rozwinąć się na masową skalę tzw. “kultura narkotykowa”. Z jednej strony władze starały się zwalczyć narastające zjawisko, lecz z drugiej wygodniej było im jedynie zapełniać luki w statystykach dotyczących działań służb, czego bolesny obraz dostajemy u Huntera S. Thompsona. Wprowadza nas także w ból pokolenia, o którym w ,”monologu o fali” czytamy:

    To my napędzamy świat; unosimy się na grzbiecie rosnącej, cudownej fali. A teraz, niecałe pięć lat później, gdyby wspiąć się na strome wzgórze w Las Vegas i spojrzeć na zachód, to – jeśli ktoś wie, jak patrzeć – może niemal zauważyć ślad w miejscu, w którym ta fala załamała się i cofnęła.

    W tym miejscu aż prosi się, by zestawić twórczość Thompsona z dorobkiem literackim Francisa Scotta Fitzgeralda, autora znanego z Wielkiego Gatsby’ego. Swoją drogą, autor Lęku i odrazy w Las Vegas podziwiał dzieła Fitzgeralda, z podobnym stosunkiem odnosił się również do Ernesta Hemingwaya, obaj odebrali sobie życie w ten sam sposób. Hunter S. Thompson zbudował fundament gonzo-dziennikarstwa, pisząc artykuł pt. Gonitwa Kentucky jest dekadencka i zdegenerowana. To po jego przeczytaniu Bill Cardoso, amerykański dziennikarz, miał krzyknąć This is pure gonzo!

    Autor przeczytanej przeze mnie książki to jedna z postaci, dla których zdecydowałabym się na ryzykowną podróż w czasie, aby zadać mu parę pytań lub (wersja dla odważnych) usiąść z nim przy jednym stole i pomilczeć nad kubkiem gorącej czarnej kawy z dymiącym papierosem w dłoni. Przede wszystkim chciałabym podziękować mu za wnikliwą, pełną bólu i poświęceń, analizę doświadczenia pośrednictwa między instynktem a rozumem, a także ukazania świadomości nieuchronnego końca.

    Totalna fizyczna i psychiczna załamka jeszcze nigdy nie była tak blisko. Tyle że nie mogę sobie pozwolić na żadną załamkę; nawet jeśli miałaby rozwiązać wszystkie moje problemy albo je zastąpić. W tej chwili jest po prostu nie do przyjęcia… Tak, oto chwila prawdy, subtelna, cienka granica między zachowaniem kontroli a katastrofą (…)

    Tymi słowami chciałabym zakończyć swój wywód, który mógłby jeszcze trwać w najlepsze. W tle leci Mr Tambourine Man Boba Dylana, a obok mnie leży egzemplarz jednej z najlepszych książek, jakie udało mi się w życiu przeczytać. Kto zdecyduje się na śmiały krok i wejdzie w realia Stanów Zjednoczonych tamtych lat, powróci stamtąd inny. Po prostu inny.

    Basia

Zobacz wszystkie