„Tatuażysta z Auschwitz”

i moje przemyślenia

„Tatuażysta z Auschwitz” i moje przemyślenia.

  • Jestem pewna, że o tej książce słyszał każdy z was. Co więcej, pewnie nawet kojarzycie okładkę. Nic dziwnego, książka swego czasu cieszyła się olbrzymim zainteresowaniem, które zresztą nie gaśnie znacząco. Tytuł budzący emocje, okładka w biało-niebieskie paski przykuwająca uwagę. Dramat w tle, a do tego niezwykła historia miłosna. Ostatnio można by to uznać za przepis na bestseller. Powieści z motywem obozu koncentracyjnego cieszą się niezwykłą popularnością, mają swoje pięć (i chyba mam nadzieję, że tylko pięć) minut. Pojawiają się w nich intrygujące zestawienia. Intrygujące, bo jeszcze do nich nie przywykliśmy, a w takim właśnie kierunku zmierzamy. Znajdziemy nawet te szczególnie odważne połączenia, na przykład relacja seksualna między SS Mannem a Żydówką.

    „Tatuażysta z Auschwitz” to powieść historyczno-biograficzna, przynajmniej w teorii. Czyta się ją lekko, tylko czy nie za lekko? Jest to miłosna historia Lalego i Gity, którzy spotykają się w obozie, który wspólnie udaje im się przetrwać. Wkrótce potem zostają małżeństwem. Miejsce jest tutaj tak naprawdę tłem mającym przykuć uwagę. Jak napisała Wanda Witek-Malicka z Centrum Badań Muzeum Auschwitz "Książkę należy postrzegać (…) jako niemal pozbawioną wartości dokumentalnej impresję na temat Auschwitz". Tak też jest. Gdybyśmy zapytali mniej wymagającego czytelnika o opinię zaraz po przeczytaniu tej książki, z pewnością usłyszelibyśmy takie słowa jak „poruszający”, „smutny”, wzruszający” czy ewentualnie „wciągający”. Warto zauważyć, że są to głównie słowa wyrażające emocje, na które zresztą powieść jest nastawiona. Pytanie tylko, czy o tak budowane emocje chodzi? Częściowo owszem, jest to temat, który powinien wywoływać w nas jakąś reakcję. Problematyka obozowa to jednak temat trudny i delikatny, przy którym trzeba zachować szczególną ostrożność. Autorka, podejmując go, nie powinna spłycać powiesci. Odbiorca, sięgając po taki utwór ma nadzieję na poznanie faktów historycznych. Możemy podejrzewać, że będzie to jedyna literatura obozowa, z jaką się zapozna. Na pisarza spada więc obowiązek ukazania prawdy. Fakt, tak ja Heather Morris można na wstępie zaznaczyć, że choć książka oparta jest na relacji byłego więźnia, to wciąż stanowi fikcję literacką. Autorka zaznaczała w późniejszych wywiadach, że nie chodziło o szczegółowe odzwierciedlenie ówczesnej codzienności, a raczej uwiecznienie wspomnień byłego więźnia. Czy to jednak zwalnia z odpowiedzialności? Czy spłycanie historii może być akceptowalne?

    Jeden czytelnik po zamknięciu książki pomyśli „tak, to tylko fikcja, nie ma się co sugerować”. Inny jednak uzna ją za niezwykłe źródło wiedzy historycznej, bo przecież faktyczne elementy także tam są. Rzecz w tym, że mniej obeznani czytelnicy nie będą w stanie rozgraniczyć fikcji od prawdy. Skoro nazwy miejsc, rodzaje trójkątów na ubraniach czy posady są takie same, to czemu codzienność, sposób życia także nie miałaby być prawdą? Tym bardziej, że fabuła opiera się na relacji byłego więźnia. No co jak co, ale przecież relacja to relacja, kto mógłby opowiedzieć tę historię lepiej? I czytelnik odrzuca filtr fikcji wierząc w niemal każde słowo.

    Ten temat zaczął mnie zastanawiać jeszcze bardziej, gdy niedawno na jednej z internetowych grup czytelniczych jedna z osób wrzuciła zdjęcie „Tatuażysty z Auschwitz”. Nad fotografią widniał podobny opis: „Jeśli szukacie czegoś naprawdę wciągającego, to bardzo polecam to. Nie mogłam się oderwać.”. To skłoniło mnie do refleksji. Czy naprawdę tylko na takim „wciąganiu” powinno zależeć? Do dziś nie potrafimy się jednoznacznie odnieść do tego typu książek. Trwa publiczna debata, w której jedni twierdzą, że Holokaust to szczególnie okrutny element historii, a podejmowanie go w celu pisania lekkich powieści to zwykła komercja i wykorzystanie cierpień osób, które tego doświadczyły. Drudzy przyjmują, że fikcja jest fikcją, a tło historyczne pozostanie tłem, które może wprowadzić klimat, dodać emocji. No właśnie, czy na pewno może?

    Im dalej jesteśmy od czasów wojny, tym więcej sporów o ten okres się pojawia. Jednocześnie coraz mniej osób jest w stanie zaświadczyć o prawdzie. Jak więc mamy sobie z nią radzić?

    Zadałam dziś kilka pytań, wiem. Warto jednak przynajmniej spróbować sobie na nie odpowiedzieć. Pamiętajmy, że to my tworzymy kulturę, ale i kultura stwarza nas. To z kolei waży na losach przyszłych pokoleń.

    Paulina

Zobacz wszystkie